Awarie w wyprawach. Część 5. Równanie zagrożenia.

 ↗

W artykule kontynuującym temat ryzyka rozważymy bardziej złożone równanie niebezpieczeństwa. Opierając się na nim, ocenimy rozpowszechnione sądy związane ze sportowymi i komercyjnymi trasami.

Artykuł jest bardziej złożony niż poprzednie i jest przeznaczony dla odbiorców, którzy nie znajdują wszystkich odpowiedzi w podręcznikach i przepisach. Kontynuuje ideologię poprzednich artykułów, ale bardziej szczegółowo odpowiada na pytanie, dlaczego mimo wszystko trafiamy do wypadków, chociaż pozornie robimy wszystko prawidłowo i zgodnie z oficjalnymi wytycznymi.

W poprzednim rozdziale rozłożyliśmy rzeczywiste przykłady pętli zdarzeń – być może najstraszniejszego zjawiska na trasie, kiedy seria niefortunnych decyzji wciąga grupę w pętlę, gdzie każdy kolejny krok prowadzi do wyczerpania jej zasobów i gdzie po znacznym obniżeniu następuje śmierć uczestników. W dwóch przypadkach z trzech rozpatrywanych przez nas przykładów doświadczenie grupy znacznie przewyższało złożoność zadeklarowanej trasy.

Jakkolwiek by to zabrzmiało, te przykłady dzielą odbiorców czytelników na dwie kategorie warunkowe i polarne. Pierwsza uważa, że zdarzenia pętli były oczywiste od samego początku i mogą uniknąć podobnego na swoich trasach. Druga połowa z kolei rozumie, że nie zawsze jesteśmy w stanie kontrolować sytuację, zwłaszcza w warunkach dużej grupy.

Oto podział, o którym mówię, nie zależy od doświadczenia w wędrówkach i wspinaczkach, w sensie ich ilości i jakości. W niniejszym artykule szczegółowo rozważymy, dlaczego tak jest. Ale sam materiał jest przeznaczony właśnie dla drugiej kategorii – dla tych, którzy chcą podróżować bezpiecznie w warunkach wysokiego poziomu niepewności i jednocześnie nie łudzą się iluzją kontroli.

Uproszczone równanie ryzyka

W poprzednich rozdziałach rozważaliśmy dwa rodzaje ryzyka: nieodłączne NR, które tworzy sama natura, i generowane GR, które my sami tworzymy.

W uproszczonej formie niebezpieczeństwo na trasie będzie wyrażane przez sumę wszystkich ryzyk, zarówno nieodłącznych, jak i wygenerowanych. To logiczne, ponieważ im wyższa suma wszystkich ryzyk, tym wyższa jest prawdopodobieństwo wypadku na trasie.

Mamy więc następujące równanie ryzyka:

niebezpieczeństwo = ryzyka + niepokój

niebezpieczeństwo = (nieodłączne ryzyka NR + generowane ryzyka GR) + niepokój

niebezpieczeństwo = (NR₁ + … + NRₙ + GR₁ + … + GRₙ) + niepokój

W tej formie równanie przychodzi do nas jeszcze z czasów sowieckich. Wyraźnie pokazuje, jak suma tego, co dzieje się wokół nas (pogoda, lawiny, spadające kamienie, rzeźba terenu, mróz itp.), wraz z naszą gotowością i problemami (umiejętność korzystania z ciepłego ubrania i rozbijania obozów, klimat psychologiczny, przygotowanie fizyczne i techniczne itp.) tworzą niebezpieczeństwo wystąpienia danego zdarzenia.

Sama idea jest bardzo jasna i praktyczna. Przyjrzyjmy się jeszcze raz składnikom równania:

· Niebezpieczeństwo – obecny poziom tego, na ile sytuacja może prowadzić do niepożądanych konsekwencji.

· Ryzyka:

o nieodłączne (NR) — wynikające z natury: rzeźba terenu, wysokość, pogoda, odległość, zimno, obiektywna ekspozycja (jak długo pozostajemy w trudnych warunkach);

o generowane (GR) — wynikające od ludzi: planowanie, taktyka, skład grupy, technika, dyscyplina, psychologia, błędne decyzje.

· Niepokój - dodatkowy czynnik naszej oceny rzeczywistości i reakcja na nią:

o czasem przydatny (zmusza do obniżenia GR),

o czasem szkodliwy (psuje logikę decyzji, wprowadza do naszych przygód panikę, zmusza do obniżenia prędkości itp.).

Jako intuicyjny model, pokazujący uproszczony pogląd na niebezpieczeństwo i pozwalający zrozumieć prawidłowości ryzyk, formuła jest całkiem praktyczna.

Co zatem w niej jest nie tak?

Zapis w postaci:

niebezpieczeństwo = NR₁ + … + NRₙ + GR₁ + … + GRₙ + niepokój

zakłada, że:

a) wszystkie ryzyka są mierzone w tej samej "jednostce", choćby umownej;

b) po prostu się sumują, to znaczy:

o podwojenie jednego ryzyka = podwojenie jego wkładu w wynik;

o brak efektów krzyżowych typu "dwa małe ryzyka razem dają jedno gigantyczne".

W rzeczywistości na trasie wszystko nie jest tak. Większość ryzyk skaluje się nierówno.

Na przykład:

o przy temperaturze -15 stopni prędkość wiatru 5…10 m/s — nieprzyjemnie, ale jeszcze znośnie;

o przy temperaturze -15 stopni prędkość wiatru 20…25 m/s — to już inny świat.

Pytania dotyczą również kombinacji ryzyk. Oddzielnie ryzyka mogą nie wydawać się aż tak straszne, a ich matematyczna suma również.

Ale na przykład:

zmęczenie + niedoświadczona wspinaczka + brak odpowiedniej asekuracji + niebezpieczny teren

Tutaj wyraźnie nie ma sensu liczyć sumy. Mamy w tym przypadku właściwie gwarantowany wypadek.

To znaczy, szczerze mówiąc, powinniśmy zapisywać równanie niebezpieczeństwa w następującej postaci:

niebezpieczeństwo = F(NR₁…NRₙ, GR₁…GRₙ, niepokój)

gdzie F — jakaś silnie nieliniowa funkcja.

Nie wszystko jest proste również z niepokojem.

Z niepokojem mamy dwie prawidłowości:

  1.       Niepokój powstaje jako reakcja na ryzyka (rzeczywiste + wyimaginowane);
    
  2.       Równocześnie wpływa ono zwrotnie na ryzyka:
    

a) może obniżać generowane ryzyka (zaczynamy być ostrożniejsi i wszystko sprawdzamy);

b) może je podwyższać (panika, pośpiech, konflikt w grupie, myślenie tunelowe)

W istocie, z niepokojem mamy do czynienia z dwoma formatami ryzyka - obiektywnym, gdzie niepokój nie jest uwzględniany, i subiektywnym, gdzie niepokój jest, ponieważ na trasie są ludzie ze swoimi lękami i pewnością siebie. Jeśli mówimy o podręcznikach i przepisach, to w nich, oczywiście, nie ma mowy o niepokoju – zakładają one idealną stabilność psychiczną grupy i jej zdolność do natychmiastowego podejmowania decyzji z odpowiedniego punktu przewodnika po alpinizmie. To ma dość mało wspólnego z rzeczywistością, choć nie neguje potrzeby takich przewodników.

Dlatego subiektywne ryzyko – to jakby nasze "rzeczywiste" ryzyko na trasie.

W takim przypadku, jeśli R – to ryzyko, to:

R_obiektywny = NR₁ + … + NRₙ + GR₁ + … + GRₙ

R_subiektywny = R_obiektywny + ψ(niepokój)

gdzie ψ(niepokój) może być zarówno dodatnią, jak i ujemną wielkością:

++przydatna trwoga++ → +kontrola, +dokładność → faktyczne niebezpieczeństwo maleje

++destabilizująca trwoga++ → panika, błędy → faktyczne niebezpieczeństwo rośnie

To znaczy w modelu, który budujemy, pod niebezpieczeństwem rozumiemy nie tylko fizyczne ryzyko, ale kombinację obiektywnych czynników (NR+GR) i stanu psychicznego uczestników (niepokoju), która decyduje o prawdopodobieństwie wystąpienia i ciężkości konsekwencji zdarzeń.

Jeśli będziemy mieli na uwadze, że to nie jest fizyczna formuła, a pewna werbalno-symboliczna formuła do analizy, to wszystko jest w porządku i można się nią posługiwać.

Formuła fizyczna nie może być żadnym, nawet najbardziej zaawansowanym, równaniem ryzyka, ponieważ poza kasynem i sztucznie symulowanymi sytuacjami ryzyko jest niemożliwe do zmierzenia, zwłaszcza jeśli jest związane z rzadkimi zdarzeniami.

Obiektywne ryzyko jako złożona funkcja

Ten rozdział czytelnik może pominąć, jeśli nie zależy mu na logice matematycznej, według której przekształcamy "starą" formułę ryzyka.

I jednak, wyżej zauważyliśmy, że niebezpieczeństwo wyraża się przez złożoną funkcję, ponieważ ryzyka sumują się zbyt nieliniowo.

Mimo że nasza formuła jest werbalno-symboliczna, wyrażmy obiektywne ryzyko przez złożoną funkcję, gdzie obliczenie generowanych ryzyk GR będzie funkcją zewnętrzną, a obliczenie ryzyk nieodłącznych - funkcją wewnętrzną, z podniesieniem do potęgi - gdzie potęga jest zmiennym algorytmem.

Ogólna struktura będzie wyglądać następująco:

 ↗Wewnętrzną funkcję, czyli ryzyka nieodłączne, możemy zapisać w następujący sposób:

 ↗

 ↗

 ↗

To znaczy twardość środowiska i błędy grupy zmieniają siłę reakcji systemu na dalsze nasilenie NR. Sam NR (ryzyko nieodłączne) w oderwaniu staje się nieważny, tutaj widzimy jego jakościowe, nawet skokowe wzmocnienie w zależności od warunków otoczenia (skały 6A przy +20 i -40 będą reprezentować kolosalną różnicę w przejściu) i naszej bieżącej generacji ryzyk (na przykład, zgubił lub nie zgubił rękawic przy -40, i jakie mamy wtedy buty).

Działanie na nas środowiska można opisać w następujący sposób:

 ↗

 ↗

 ↗

 ↗Doskonalimy środowisko

 ↗

 ↗

Dlaczego nie możemy sprowadzić ryzyk w wędrówkach do zera?


 ↗

 ↗

 ↗

 ↗

To znaczy zakłada się świat:

· bez nieoczekiwanych trzęsień ziemi;

· bez nagłych działań innych ludzi;

· bez rzadkich zdarzeń medycznych;

· bez niespodzianek technogenicznych.

Ale to już jest świat metodyczny dla papierków, a nie fizyczna rzeczywistość wokół nas.

W rzeczywistości B nigdy nie jest równe ściśle 0. Maksymalnie, jest "bardzo małe, ale różne od zera".

Wniosek:

a) Ryzyka nie da się usunąć, można je tylko przestawić i obniżyć. Jak tylko wychodzimy na trasę, parametr E automatycznie staje się wyższy niż 0. A jak tylko człowiek wybiera trasę, czas, grupę i wyposażenie, natychmiast pojawia się parametr G.

Najważniejsze tutaj: jak tylko w naszych głowach uznajemy, że nie wiemy wszystkiego, natychmiast w równaniu pojawia się B>0. Jeśli nie uznajemy, to jednak ono i tak nie znika z równania – po prostu to mocno zwiększa parametr G. Taka oto niesprawiedliwość.

b) Każda wędrówka jest umową z niepewnością, ale nie jej anulowaniem. Planowanie i doświadczenie obniżają generację ryzyk G, częściowo obniżają E przez wybór optymalnych warunków i trochę wpływają na B – na przykład, staramy się nie wchodzić w niestabilne regiony lub regiony ogarnięte wojną.

c) Zerowe ryzyko jest możliwe tylko w dwóch stanach: 1) nie poszliśmy nigdzie i myślimy z kanapy; 2) rysujemy sobie taką model, gdzie z góry wyrzuciliśmy wszystko niewygodne i nazwaliśmy to "bezpieczeństwem". Być może oba te warianty mają szerokie rozpowszechnienie.

W końcu: sam fakt działania człowieka już jest generowaniem ryzyka. Nawet idealne zachowanie nie zeruje ryzyka, ono tylko sprawia, że skutki stają się bardziej kontrolowane.

Dlatego każda metodologia bezpieczeństwa, każdy system oceny ryzyk — to tylko i tylko model. Wchodzą do niej E i G — to, co zdołaliśmy zobaczyć i omówić. Ale zawsze pozostaje ogon B — zdarzenia, których model nie zawiera. I "uczciwy" przewodnik lub instruktor różnią się od "nieuczciwego" tym, że "uczciwy" otwarcie przyznaje: "Tak, ten ogon istnieje. Możemy go uczynić mniejszym, ale nie możemy go unicestwić". Może to wyrazić innymi słowami lub czynami, niekoniecznie z książek Nassima Taleba, ale idea będzie podobna.

Ludzie, którzy mówią nam, że ryzyka można wykluczyć, demonstrują, że pracują nie z rzeczywistością, a z metodycznym mitem — i dla turystyki i alpinizmu jest to szczególnie toksyczne.

Ta sama logika jest potem przenoszona na medycynę, lotnictwo, energetykę jądrową — wszędzie tam, gdzie zamiast uczciwej pracy z niepewnością lubią rysować "pełne bezpieczeństwo".

Powtórzmy jeszcze raz:

o planowanie nie może sprawić, żeby lodowiec przestał być lodowcem;

o sztorm — przestał być sztormem;

o wysokość — przestała wpływać na organizm.

Tutaj trzeba wyjaśnić więcej na temat "czarnych łabędzi". To pojęcie wprowadził filozof Nassim Taleb. Oznacza ono rzadkie zdarzenia o niszczycielskiej sile, które są trudne lub niemożliwe do przewidzenia, albo same w sobie, albo skutki ich wpływu. W naszym przypadku pod parametrem B mamy na myśli nie tylko czarne łabędzie, ale i drobne zdarzenia, choć rzadkie i nieprzewidywalne, i które zdarzają się z bardzo niskim prawdopodobieństwem. Istota w tym, że te drobne zdarzenia dla społeczeństwa są nieistotne, są one nawet nieistotne dla nas przy życiu w mieście, chyba że dla nastroju i pewnych strat finansowych lub czasowych. Na trasie, z powodu znacznie większego wpływu na nas twardości środowiska (nie jest złagodzona wygodami miasta) i generowanych ryzyk, nawet przypadkowe drobne zdarzenia są w stanie dosłownie zabić nas skutkami. Świetny przykład – kradzież przez lisa mojej scyzoryki na Uralu Polarnym po zaledwie pół minucie, jak się wydostałem na zewnątrz z zasypanego śnieżną zamiecią namiotu.

Bardziej sprytni działacze stosują fortel. Nazywają go "obniżeniem ryzyka do nieznacznego poziomu".

Co tu jest nie tak?

Dwie rzeczy.

Pierwsza – a co właściwie oznacza nieznaczny poziom? Jeśli to jest ten poziom, przy którym nie musimy się psychicznie niepokoić o nic, ponieważ wszystko jest "właściwie" zaplanowane, to to jest raczej parametr , czyli właśnie ów niepokój. Psychologia i wewnętrzne postrzeganie — to o nim, a nie o ryzykach.

Druga rzecz, o wiele ważniejsza: ignorowany jest fakt wyczerpywania się zasobów w miarę trwania wędrówki. Zmniejsza się zapas produktów i paliwa, podжимают terminy z wyprzedzeniem kupionymi biletami lotniczymi bez możliwości zwrotu, narasta zmęczenie, zasoby fizyczne spadają nieuchronnie na deficycie energetycznym (chociaż mówią, że każdy przewodnik potrafi odżywiać się praną), wyposażenie zużywa się i ginie, klimat psychologiczny doznaje wstrząsów, wycieńczają drobne dolegliwości i urazy, w końcu ludzie po prostu chcą wrócić do domu (chociaż mogą twierdzić coś przeciwnego) i ich uwaga do środowiska maleje. A tymczasem kostka ogonowych wartości B nadal i nadal jest rzucana. Tę rękę rzucającą kostką nasza wiara nie zatrzymuje. I czego dokładnie wypadnie nam na następnej ściance, nie wiemy. Ale zasoby grupy już są obniżone.

W ten sposób ryzyk uniknąć nie można, przy czym dużych i znaczących, ponieważ wpływ środowiska może być bardzo surowy i nie zawsze prognozowalny. Przy czym parametr E, będąc sumą, może być bardzo i bardzo wysoki po prostu z sumy, nawet niekoniecznie mając jedną jedyną wysoką wartość konkretnego ryzyka, które wchodzi do równania.

Dlaczego nie możemy generować "ujemnego" ryzyka

Wielu przewodników wędrówek i wspinaczki odwołuje się do tak zwanego "super-planowania". Według ich punktu widzenia, możliwe jest przygotowanie się do trasy fizycznie, strategicznie i taktycznie tak, że ryzyka zostaną sprowadzone do wartości bliskich zeru.

Ale według naszej formuły, w tym przypadku generowane przez nas ryzyko powinno być ujemne. To znaczy nasze decyzje, myślenie i fizyczna kondycja względem trasy są jakoby tak idealne, że wyprzedzają rozwój jakichkolwiek negatywnych zdarzeń z zewnątrz i wewnątrz grupy.

Rozważmy to od razu i z logiką, i z rzeczywistością.

Wysoka fizyczna kondycja zawsze niesie ze sobą ryzyka sama w sobie, pozwalając i prowokując do robienia tego, czego słabszy nie zrobi. To znaczy to ryzyko jest niewysokie, ale ono jest.

Z kolei super-planowanie kosztuje czas, podobnie jak zbieranie i pakowanie produktów, treningi fizyczne i treningi ze sprzętem, wizualizacja i wszystko inne. Z pola Pareto wynika, że na etapie przygotowania, jeśli poświęcamy zbyt dużo czasu jednemu, to nie możemy poświęcić czasu innemu. To znaczy w idealnym systemie mamy super-planowanie, i ono jest rzeczywiście osiągalne w praktyce, ale w praktyce ono automatycznie generuje ryzyko, ponieważ nie pozostawia miejsca na wszystko inne. Innymi słowy, przygotowanie jest zawsze kompromisem. Tutaj widzimy pewną analogię z wyprawami polarnymi - sam dobry plan wyprawy nie uratuje.

Dlaczego zawsze G ≥ 0?

G — to ++dodatkowe++ ryzyka, które rodzą nasze decyzje i działania ponad ryzyka nieodłączne (E).

W idealnym przypadku, to jest wtedy, gdy nic nie dodaliśmy do systemu i wtedy G = 0. W rzeczywistości ideał jest nieosiągalny, i wszystko, co robimy, coś dodaje, mniej lub więcej, ale i tak G > 0.

Zobaczmy:

++a) Wysoka fizyczna kondycja sama w sobie generuje ryzyka:++

Silny, wytrzymały człowiek:

· może wchodzić w silniejsze E, po prostu dlatego, że "ciągnie" takie;

· zaczyna wybierać:

o bardziej skomplikowane trasy,

o bardziej surowe sezony,

o bardziej długie autonomie.

To znaczy jego kondycja fizyczna:

· zmniejsza ryzyko "nie wywieźć" przy danym E na trasie,

· ale równocześnie prowokuje do wybierania bardziej twardego E w swoich wędrówkach.

W terminach modelu:

· kondycja fizyczna zmniejsza prawdopodobieństwo awarii przy zadanym E,

· ale równocześnie przesuwa w górę to E, na które człowiek dobrowolnie się podpisuje.

Dlatego uważać, że G < 0 na podstawie "jestem super przygotowany" — jest niepoprawne: na poziomie systemu to nie jest "minus ryzyko", a "nowa strefa ryzyka".

Każda medal ma dwie strony. Ujemna strona wysokiej kondycji fizycznej — jest właśnie taka. Pozytywna strona również istnieje: znaczne poszerzenie strefy możliwości.

++b) Super-planowanie ma cenę i rodzi swoje ryzyka:++

I znowu zasada pola Pareto: zasób mamy jeden - czas, siła, uwaga.

Jeśli zanurzamy się w hiper-detalizowane planowanie, ale przy tym:

o nie zdążamy normalnie trenować kondycji fizycznej,

o lub nie oblatujemy w dostatecznej mierze sprzętu w terenie,

o lub nie trenujemy rzeczywistego zachowania w trudnych warunkach,

to zmniejszamy niepewność w jednej strefie (papierowo-planistycznej), ale zwiększamy G w innych strefach, ponieważ:

o ciało nie jest gotowe,

o psychika nie jest gotowa,

o sprzęt nie jest oblatany.

To znaczy "super-planowanie" — to tylko przerzucanie ryzyk. Gdzieś stało się lepiej, gdzieś stało się gorzej, ale końcowa suma raczej nie zmniejszyła się aż tak, jak nam się wydaje.

W ten sposób przygotowanie zawsze jest kompromisem. Każde wysiłek w jednym miejscu tworzy "strefę cienia" w innym.

Kiedy mówimy o dobrym planowaniu, to nie znaczy, że doprowadzamy generowane ryzyka do zera. Ale to również nie znaczy, że przygotowanie nie jest potrzebne. Po prostu każde usprawnienie na etapie przygotowania jest skierowane nie tylko na obniżenie G, ale i na obniżenie i zmniejszenie . Przy tych samych warunkach zewnętrznych nasza organizacja lepiej znosi twardość środowiska, a nasz system jest mniej wrażliwy na jej wahania.

W tym przypadku nie próbujemy zaprzeczyć ryzyku w tym świecie, ale zwalniamy wzrost R przy zwiększeniu E i zmniejszamy początkowe E, na które się zgadzamy przy wyborze wędrówki i trasy.

Bardzo dobrze to obserwujemy na przykładach wypraw polarnych z przeszłości. Można zrobić genialny plan trasy, ale nie docenić zdrowia uczestników, rozwalić naukową część i postawić kupę politycznych i reputacyjnych ograniczeń. I wynikowy R i tak wyleci w strefę, gdzie mało brakowało — i cała lub prawie cała wyprawa zginęła.

Ryzyko chwilowe i ryzyko skumulowane

Na trasie, w istocie, zawsze mamy do czynienia z dwoma warstwami ryzyk. Są one wyrażane jednym i tym samym równaniem, ale jakby znajdują się w dwóch wymiarach.

Pierwsza warstwa: ryzyko chwilowe - na ile jest niebezpiecznie ++w tej chwili++ (ten stok, ta pogoda, to zmęczenie). Ryzyko chwilowe może i maleć, i rosnąć, i kołysać się.

Druga warstwa: ryzyko skumulowane. To w zasadzie akumulowany przez nas szansa na wpadnięcie w cokolwiek za cały czas trwania trasy.

Ryzyko skumulowane zawsze rośnie, dopóki w ogóle pozostajemy na trasie. Przynajmniej mamy więcej rzutów kostką, a zasoby grupy stopniowo się wyczerpują. Dlatego każdy dzień w ekspozycji — to dodatkowy bilet w loterii nieprzyjemności.

I jednak, to nie oznacza, że w końcu trasy zawsze jest bardziej niebezpiecznie niż na początku.

Ważne: ryzyko chwilowe może z czasem nie tylko nie rosnąć, ale nawet maleć.

· maleje — zeszliśmy z płaskowyżu do doliny, zmęczenie skompensowaliśmy odpoczynkiem, pogoda się poprawiła, wyszliśmy z strefy lawin i szczelin;

· rośnie — zmęczenie narosło, liny są zmęczone, koncentracja spada, paliwo się kończy, terminy się zbliżają — GR rosną, E pozostaje takie samo lub rośnie;

· skacze — przejście między strefami, zmiana typów terenu, zmiany pogody.

To znaczy:

· lokalnie możemy bardzo mocno obniżać ryzyko (dobrymi decyzjami, aklimatyzacją, taktyką, odpoczynkiem).

· globalnie na trasie skumulowany szansa na "wpadnięcie w cokolwiek" rośnie po prostu dlatego, że kontynuujemy kręcenie się wewnątrz systemu E+G+B.

Ważny niuans: doświadczenie i adaptacja nieco hamują wzrost ryzyka, ale nie anulują go.

Jest jeszcze jeden ciekawy moment. Na początku trasy:

· grupa się adaptuje,

· zżywa,

· wchodzi w rytm,

· lepiej zaczyna czuć śnieg, teren, swoje ciało właśnie w tej wędrówce.

To znaczy ryzyko chwilowe może maleć w miarę "rozkręcania się", zwłaszcza jeśli pierwsze dni są zrobione łagodniej, a wyuczone wzorce naprawdę dochodzą do automatyzmu.

Ale potem:

· zaczyna narastać zmęczenie,

· mikrurazy,

· straty w wyposażeniu,

· wycieńczenie psychiczne,

· podжимают terminy i zasoby.

I wtedy ryzyko chwilowe często znowu zaczyna rosnąć.

W efekcie przybiera ono formę kumulatywną: na początku rośnie wolno; potem może nieco się wyrównać (zaadaptowaliśmy się), a bliżej końca zwykle znowu rośnie szybciej (zmęczenie+deficyty+skompresowane terminy).

W warunkach wędrówek i wspinaczki zejście z trasy reprezentuje jedyny uczciwy sposób zatrzymania wzrostu sumarycznego prawdopodobieństwa. Wszystko inne — to tylko zarządzanie tym, jak szybko ono rośnie i jak ciężkie będą skutki, jeśli coś się zdarzy.

"Jeśli wpadałeś w nieprzyjemności, to znaczy, że źle się przygotowałeś"

To klasyczne oskarżenie wobec grup, które wpadają w wypadki lub w ogóle w przygody.

Trzeba powiedzieć, że ta logika nie jest pozbawiona podstaw dla części grup. Ale bynajmniej nie ma zastosowania do wszystkich.

Odwracając, to stwierdzenie jest typowe i sprowadza się do ogólnego schematu sprawiedliwości świata: "byłbyś dobry, nic by się nie stało; a skoro się stało, to znaczy, że jesteś zły".

Stwierdzenie ignoruje trzy rzeczy:

  1.       Poziom E — obiektywna twardość środowiska. Jeśli przez dziesięciolecia chodzimy w strefach z wysokim E (skomplikowane góry, zima, autonomia itp.), całkiem logiczne, że będziemy mieć więcej nieplanowych sytuacji i więcej interesujących historii niż człowiek, który maksymalnie chodzi w PWD i w wędrówki początkowych kategorii.
    
  2.       Ekspozycja — ile godzin, dni i lat byliśmy pod ryzykiem. Oceniać "u niego było N nieprzyjemności" bez uwzględnienia tego, że on spędził, powiedzmy, 1000 dni w górach, to statystycznie bezsensowne. Człowiek, który był w górach 80 dni i ani razu nie wpadł w tarapaty, nie musi być mądrzejszy. On po prostu jeszcze mało się eksponował.
    
  3.       Charakter konsekwencji. Ważne jest nie samo "zdarzyło się coś", a co dokładnie się zdarzyło; czy to się powtarzało; jak grupa wychodziła; czy były ciężkie urazy i śmiertelne wypadki.
    

Człowiek, u którego było dużo twardych sytuacji i przy tym 0 śmiertelnych wypadków, w większości przypadków nie jest oskarżeniem, a wręcz silnym wskaźnikiem tego, że potrafi utrzymać G pod kontrolą i radzić sobie z sytuacją, kiedy E i B biją go po głowie.

W międzyczasie, pozycja "jestem żywy, to znaczy, że wszystko robiłem prawidłowo" — to też pułapka, ale innego znaku.

Przeżycie jest wynikiem naszego przygotowania plus naszych decyzji i plus pewnej dozy splotu okoliczności. Byłoby dziwne powiedzieć "robiłem wszystko idealnie", ponieważ gdzieś pomogło doświadczenie, gdzieś szczęśliwie się złożyło.

Obiektywna pozycja wygląda następująco:

"Jestem żywy nie dlatego, że ryzyk nie było, ale dlatego, że:

  1.       ryzyk było dużo,
    
  2.       część z nich była nieunikniona (E),
    
  3.       część sam tworzyłem (G),
    
  4.       ale systematycznie pracowałem nad tym, żeby wynikowa suma nie załatwiła mnie.
    
  5.       I tak, czasem mi się po prostu szczęściło".
    

Bez ostatniego komponentu nie ma ani uczciwości, ani obiektywności.

Niestety, w środowisku outdoorowym wszystko często sprowadza się do post factum moralizatorstwa typu "każda nieplanowa sytuacja = przestępstwo".

Podstawowa myśl wygląda następująco: ++Nieplanowe sytuacje w poważnym środowisku — to nie bug, a oczekiwana statystyka.++*** Jeśli chodzimy dostatecznie długo i dostatecznie skomplikowanie — to coś pójdzie nie tak. Pytanie nie w tym, żeby uniknąć tego "nie tak", a w tym, żeby:


  • obniżyć prawdopodobieństwo,
  • obniżyć ciężkość konsekwencji,
  • umieć radzić sobie.

Z kolei zerowa awaryjność w skomplikowanym środowisku za długi czas — to albo mit, albo kłamstwo, albo bardzo mała ekspozycja. "Ja 20 lat bez żadnego incydentu" zwykle oznacza, że: a) albo człowiek chodził bardzo mało; b) albo był bardzo ostrożny, ale wtedy prawie nie ma doświadczenia pracy z rzeczywistą złą sytuacją (chociaż może sobie coś wyobrażać); c) albo po prostu nie wszystko opowiada.

Dlaczego rośnie skumulowane prawdopodobieństwo i czym wędrówka różni się w tym względzie od miasta?

Więc wyżej rozważaliśmy, że ryzyko na trasie mamy chwilowe i skumulowane.

Rozważmy jeszcze raz, dlaczego skumulowane ryzyko w naszym przypadku wędrówek rośnie.

Przyczyny mamy dwie.

Pierwsza przyczyna – ekspozycja jako taka. Ona jest sprawiedliwa zarówno dla wędrówki, jak i dla czasu na szczycie, jak i dla czasu w jaskini. Nawet jeśli zasoby, powiedzmy, nie spadają, zmęczenie nie rośnie, a warunki pozostają takie same, to i tak każdy dzień żyjemy wewnątrz E+G+B. Nawet jeśli prawdopodobieństwo przy każdym rzucie kostką nie zmienia się, liczba rzutów rośnie. Z nimi rośnie i skumulowane prawdopodobieństwo. W ten sposób, im dłużej pozostajemy w warunkach z niezerowym ryzykiem, tym większy jest szansa, że chociaż jedna gałąź się urzeczywistni.

Druga przyczyna polega na prawie nieuchronnej degradacji zasobów, za wyjątkiem zupełnie wyjątkowych przedsięwzięć. Logiczne jest przy tym, że jeśli mamy zasoby uzupełniane z zewnątrz, to spada autonomia, a tym samym sportowość przedsięwzięcia.

Wśród zasobów mamy mowę nie tylko o jedzeniu i paliwie. Drożeje w miarę trasy koszt adaptacyjny – koszt odpowiedzi organizmu na stres, fizyczny i psychologiczny. Równocześnie psychika gromadzi zmęczenie, rozdrażnienie i lęk. Przez to, z kolei, rośnie ryzyko chwilowe, ponieważ popełnia się więcej błędów ze zmęczenia, a sami stajemy się bardziej skłonni do złych decyzji. Spada również rezerwa niezbędna do walki z zewnętrznymi zdarzeniami B. To znaczy w miarę trasy nasze zasoby topnieją, a my nie "odnawiamy się" – nie ma ku temu warunków.

Miasto charakteryzuje się tym, że kostka jest rzucana o wiele częściej. To znaczy parametr B** dla nas, jako dla indywidualnych osób (nie dla społeczeństwa jako całości) w mieście jest znacznie wyższy. Transport, przebieganie przez drogę, urazy domowe, choroby z powodu zatłoczenia, liczne sytuacje konfliktowe – zapewniają nieustanną ilość prawdopodobieństw, ich różnorodność i w ogóle nieuchronność.

Ale – parametr E jest fantastycznie inny. W mieście mamy, przy posiadaniu choćby najmu mieszkania, infrastrukturę, która łagodzi prawie wszystko: mróz, zamieć i tak dalej.

Parametr G również jest złagodzony infrastrukturą. Medycyna, straż pożarna, policja, logistyka, znowu ciepły prysznic i ciepłe koc.

++Główna rzecz, w mieście mamy nieustanną regenerację zasobów.++ Jedzenie dla większości obywateli u nas w kraju jest dostępne w nieograniczonych ilościach. Tak, jego jakość może być niewysoka przy dochodach poniżej pewnego progu, ale mimo wszystko większość ludzi może sobie pozwolić na odżywianie bez deficytu energii. Również, kiedy śpimy w cieple domu, a nie w chłodzie namiotu i surowego śpiwora, adaptacja kosztuje znacznie, na porządki, taniej i nie wyjada naszego ogólnego zasobu. Przy tym, jeśli z trasy zwykle nie mamy dokąd się podziać, jak tylko jakoś tam dojść; to w mieście mamy w zasadzie możliwość zatrzymać działalność – przestać pracować, wziąć urlop lub położyć się do szpitala. Zwolnić się z trasy nierzadko możemy tylko na tamten świat.

W mieście skumulowany szansa na wpadnięcie w cokolwiek rośnie przez całe życie. W końcu to się zdarza. Ale rozkład konsekwencji jest inny: mamy dużo "drobiazgów", ale ogonowe wartości "od razu i na zawsze" są rzadkie i rozłożone po populacji. Przy tym nie należy zapominać, o ile więcej, dosłownie o rzędy, generujemy ryzyk w mieście: prowadzenie samochodu (zwłaszcza motocykla), alkohol, interakcje z instytucjami państwowymi, chodzenie do cudzego łóżka, głaskanie cudzych psów i tak dalej i temu podobne. To znaczy wszystko to, czego w górach zwykle nie ma za nieistnieniem możliwości. I przy tym rzadko płacimy za swoją miłość do przygód w mieście prawdziwą cenę. Na łonie natury płacimy właśnie prawdziwą cenę. ++I to jest właśnie to, czego nie rozumieją komercyjni turyści.++

Pseud-sportowe wyprawy na Biegun Północny i komercyjny alpinizm

Komentarze

Zaloguj się, aby zostawić komentarz