Kwestie bezpieczeństwa, które „realnie bolą” w rosyjskim aktywnym turystyce

1) Atestacja instruktorów-przewodników

W zasadzie, ustala się nowy ośrodek rzeczywistości turystyki aktywnej. Od lipca 2024 stało się to obowiązkową ramką dla komercyjnego towarzyszenia na skomplikowanych trasach; uprawnienia do atestacji przekazano ogólnorosyjskim federacjom sportowym, są harmonogramy na lata 2025–2026, i wiele regionów żyje w trybie „mieć czas i przejść ponowną atestację do 01.10.2026”.

Dlaczego temat jest gorący? Zmienia on odpowiedzialność, rynek, zezwolenia, i rodzi nowy rodzaj generowanych ryzyk – „papierowa kompetencja” i „znaczniki zamiast umiejętności”.

2) Kompetencje lawinowe, jako niezbędna baza, a nie fakultet dla chętnych

Bolesny temat, który wszystkich już zirytował. Jak się okazuje, w turystyce teraz, nagle, zaczęto temu poświęcać więcej uwagi niż w alpinizmie.

W alpinizmie przygotowanie lawinowe jest tradycyjnie wbudowane w system nauczania (wstępne przygotowanie, żetony „Ratownictwo w górach”), choć jakość tego przygotowania może, delikatnie mówiąc, się różnić.

W turystyce (pieszej, narciarskiej i górskiej) sytuacja jest bardziej niejednorodna. Teraz zaczęto temu poświęcać więcej uwagi na tle ogólnego wzrostu zainteresowania aktywnym wypoczynkiem i nowych inicjatyw legislacyjnych. W niektórych kręgach stało się to dyskutowane nawet głośniej z powodu szerszego zakresu odbiorców i mniejszej pierwotnej uregulowania – w odróżnieniu od tego samego alpinizmu.

Chociaż, przyznaję, uregulowania alpinizmu zawsze budziły moje niedowierzanie. W odróżnieniu od wielu krajów europejskich lub USA, gdzie alpinizm jest często postrzegany jako osobista sprawa i odpowiedzialność samego człowieka (z naciskiem na ubezpieczenia i prywatne szkoły przewodników), w Rosji pozostaje scentralizowane podejście sportowe. Znów, nagle, podczas gdy my im zazdrościmy, wielu europejskich alpinistów czasem nam zazdrości, uważając podejście naszego państwa za bardziej ustrukturyzowane i zrozumiałe. No cóż, taka oto historia.

3) Łączność i „kiedy nacisnąć czerwony przycisk”

Tutaj mamy na myśli wczesne wezwanie zewnętrznego zasobu (ratowników) jako przerwanie pętli zdarzeń. W rosyjskich realiach to nieustannie opiera się na wstydzie, nadziei, strachu przed hańbą, i micie (narzuconym przez społeczeństwo, nawiasem mówiąc) że „nie można wezwać ratowników”.

Zresztą, tu też jest zasługa państwa. Państwo dąży do minimalizacji liczby incydentów i wypadków, zwłaszcza tych, które wymagają kosztownych operacji ratunkowych z udziałem МЧС. Regulacja z Punktu 1 jest postrzegana jako narzędzie zapobiegania tragediom, ale ogólnie wniosek u wielu zespołów jest historycznie, że tak powiem, uzasadniony – kontaktowanie się z naszymi strukturami państwowymi każdy z nas stara się tylko w ostateczności.

4) Rejestracja tras, kontakty i współrzędne: czy to daje efekt?

Z jednej strony, w teorii, rejestracja – to nie o papierkologię, a o zmniejszenie czasu niepewności. To znaczy z punktu widzenia teorii wszystko jest w porządku. Z punktu widzenia praktyki – patrz Punkt 3. Często ubezpieczenie i koordynator rozwiązują problemy o wiele skuteczniej. Ale teraz to przedmiot dyskusji.

Ogólnie, z mojego punktu widzenia, nasz system po prostu nie jest gotowy do rejestracji wszystkich grup bez problemów dla tych właśnie grup. O solo w ogóle milczę. Ja sam połowę swoich solo-projektów przeszedłem z koordynatorem. To jest całkiem skuteczne, ale to społeczny „protez” i tworzenie swojego systemu oddzielnie od tego, który powinien działać.

5) Dobór grupy przez social media i wkład „czynnika zespołu” w NS, jako najbardziej niedoszacowane generowane ryzyko

Dobór grupy przez Sieć – realia współczesnego świata. Już teraz nie rzadko uczestnicy poznają się nawzajem dopiero w pociągu, a nawet na peronie dworca przed wyjściem.

Z jednej strony, wszystko wygląda jakoby logicznie, i tym korzystają zwolennicy: zmniejsza się wpływ sztywności środowiska na grupę poprzez zwiększenie jej zasobów i potanienie logistyki. Z drugiej strony, przemilcza się zwiększenie generacji ryzyk – analizy starają się nie publikować, sytuacje przedawaryjne nie są wywlekane na forum publiczne. To ostatnie rozumiem – zlinczują bez pardonu.

Zwiększenie generacji ryzyka następuje poprzez niekompatybilność, różne języki rozwiązań i różne progi ryzyka. Zabawne, że z powodu przypadków odmowy poszczególnych uczestników grup zbiorczych tuż przed pochodem, ryzyka zwiększają się jeszcze bardziej. Lider ryzykuje uruchomienie pętli zdarzeń jeszcze przed wyjściem na trasę – co, w pewnym stopniu, jest unikalne.

6) Jakość przygotowania fizycznego

Tutaj mamy dwie skrajności. Pierwsza – „po co coś robić w ogóle, jeśli pochód – to po prostu iść z ruksakiem”. Druga – „nabiłem dystans – znaczy gotowy”.

Z pierwszymi wszystko jest jasne. Z drugimi ciekawie. Istnieje fantastyczna różnica między samym dystansem a treningiem percepcji, reakcji, decyzji i wzorców pod wysokim obciążeniem. A potem, oto lawiny, przejścia po dziesięć-dwanaście godzin, heroizm na trasie i tym podobne. Przygotowanie fizyczne jest postrzegane przez pryzmat wyłącznie wytrzymałości, przy tym ignorując pracę OUN i nieunikniony deficyt energetyczny.

Najciekawsze, że za wysokie obciążenia treningowe uważa się dość skromne według sportowych standardów objętości. Nie mówiąc już o jego faktycznej jakości.

Ale cieszy, że temat kondycji fizycznej teraz też stał się banalny, ponieważ naprawdę wielu zmęczyła jej kategoryczna niewystarczalność – zarówno w turystyce, jak i w alpinizmie.

7) Komercyjna infrastruktura i ryzyko moralne

Kiedy obok jest przewodnik, radiostacja, ratrak i ewakuacja „w zasadzie możliwa”, u ludzi wypacza się i poziom niepokoju, i generacja ryzyk: odwaga rośnie szybciej niż kompetencja. To jest ponad- aktualne na Kaukazie i w popularnych regionach, a także na styku sportu z „komercyjnymi pakietami”. Dodajemy tu problem z poprzedniego punktu: kondycja fizyczna wielu uczestników pozostawia wiele do życzenia.

8) Kultura analiz: dlaczego nie uczymy się na cudzych awariach?

Tu tak i pragnie się gdzieś wśród tych słów wstawić artykuł „k...a”.

Mamy platformy, gdzie awarie i analizy są dyskutowane, ale kultura często schodzi do wojen triggerowych, a nie do wydobycia wzorców.

Z mojego punktu widzenia, to najtrudniejszy i najgorzej rozwiązywany obecnie problem bezpieczeństwa. W branżach z wysokimi wymaganiami wobec bezpieczeństwa istnieją dwa różne podejścia: blame culture i just culture. Pierwsze pyta „kto jest winien?”, drugie — „co się zepsuło w systemie i jak sprawić, by to się nie powtórzyło?”, zachowując odpowiedzialność, ale nie zmieniając każdego błędu w polowanie na czarownice. My, w naszym kraju, żyjemy zgodnie z blame culture. Jeśli jesteście zaniepokojeni bezpieczeństwem, przeczytajcie o tych dwóch podejściach i spróbujcie odpowiedzieć sobie na pytanie: dlaczego (k...a) poszliśmy tą drogą? Przecież to ślepa uliczka, nieprawdaż? Ale jakże wygodna ))

Jeśli nie znajdziecie odpowiedzi, ja podpowiem: na poziomie kulturowym opisujemy się jako naród z bardzo wysoką „unikaniem niepewności”. Na skali Hofstede często podaje się wartość około 95 z 100. Można o tym poczytać, i to naprawdę cholernie dużo. W naszym przypadku to przeradza się w chęć posiadania instrukcji i reguł na wszystko na świecie, aż do „jak prawidłowo wyjść z klatki schodowej”. Niestety, ta sama chęć nie pozwala nam przejść w metodach rozwiązywania problemów do zasady just culture. Jest ona kompatybilna tylko z blame culture i gorącym pragnieniem, by kogoś wsadzić do więzienia, nawet po prostu tak, na wszelki wypadek – bo zasady są zasadami. Trzeba karać, znaczy kogoś trzeba ))

Komentarze

Zaloguj się, aby zostawić komentarz