Paszport

  1. Rejon — Ałtaj. Północny róg pasma Juchaczynski Ałtaj.
  2. Szczyt — pik Pamięci patriociw, 3926 m.
  3. Trasa — wzdłuż północno-wschodniego grzebienia, 2А kat. trudn., pierwsze wejście.
  4. Różnica wysokości 500–600 m. Nachylenie trasy 25–35°. Ubezpieczenie poprzez czekan.
  5. Godzin marszu — 5,5 godz.
  6. Skład grupy: Włassow W.A. — MS. Siemionow S.A. — 1-sza kat. sport. Tankowa M.W. — 1-sza kat. sport. Utkina W.W. — 3-cia kat. sport. Gorbowa G.M. — 3-cia kat. sport.
  7. Data wejścia — 8 lipca 2005 r.
  8. Organizacja — grupa moskiewskich weteranów i ałtajskich alpinistów.

www.alpfederation.ru ↗ img-0.jpeg

Pik Pamięci patriociw znajduje się w rejonie połączenia pasm: pasmo Juchaczynski Ałtaj, pasmo Sajlugiem i pasmo Mongolski Ałtaj.

Ten węzeł jest położony na terytorium rejonu kosz-agaczskiego Republiki Ałtaju.

Przejazd traktem czujskim do centrum rejonowego Kosz-Agacz. Następnie na południowy zachód około 70 km drogą żwirową, biegnącą do Dżazatoru. Następnie drogą gruntową, omijając przełęcz Teplyj Klucz 3304 m, do Argamczy — około 60 km.

Dalej — przemieszczanie się grupy na południe. Podejście zajmuje 1–2 dni. Można natknąć się na bagna — nawet na stokach — leżące na wiecznej zmarzlinie. W zależności od ilości wody w rzece Argamczy i jej dopływach zwiększa się czas na poszukiwania brzegów.

Szczyt — wysokość 3926 m — jest położony w północnym odgałęzieniem pasma Juchaczynski Ałtaj i kształtem przypomina ściętą piramidę.

Wejście zostało dokonane wzdłuż północno-wschodniej krawędzi. Od biwaku przez śnieżniki i moreny podchodzimy pod krawędź i od prawej do lewej wychodzimy na śnieżno-lodowy grzebień (fot. 1). Dalej poruszamy się na raczkach, w wiązce. Na grzebieniu cienka warstwa śniegu z wychodzącymi pokładami lodu. Charakter grzebienia dobrze widać na fot. 2. Szczyt przedstawia sobą kopułę śnieżną z wychodzącymi pokładami skalnymi (fot. 3 i 4).

Zjazd tą samą trasą. Pogoda podczas wejścia była dobra. Trasa według stanu na moment wejścia jest podobna do tradycyjnych tras 2A kat. trudn.

Jednym z celów wejścia było rozpoznanie rejonu, tras na najbliższe szczyty.

Na fot. 5 i 6 — sąsiedni szczyt — 4117 m i węzłowy szczyt rejonu — Tawan-Bogdo-Uła — 4104 m. Na fot. 7 — widok na południe w kierunku mongolskiego Ałtaju.

img-1.jpegfot. 1. img-2.jpegfot. 2. img-3.jpegfot. 3. img-4.jpegfot. 4. img-5.jpegfot. 5. img-6.jpegfot. 6. img-7.jpegfot. 7. Widok na południe w stronę mongolskiego Ałtaju.

Dalej aparat fotograficzny zamilkł, i fotografii charakteryzujących kolejne etapy wejścia zrobić się nie udało.

Załącznik 1. Załączona jest artykuł o wejściu, wydrukowany w gazecie obwodowej „Zwiezda”, z 7 kwietnia 2001 r.

Zainteresowania

Olga ŁUKANINA 48-67-30

Niespotykanie tragiczny był obecny rok dla permskich alpinistów. W ciągu zimowych miesięcy góry zabrały życie sześciu ludziom. Zwykłe fatum jakieś — w styczniu–marcu szturmować różne szczyty wyszło pięć grup. Tylko jednej z nich, której przewodził Andriej Korolow, udało się szczęśliwie przebyć całą trasę, dokonać wejścia na najwyższy punkt Mongolii górę Najramdał (4374 metrów) i wrócić do domu.

Grupa Korolowa była nie całkiem zwykła w swoim składzie: w góry poszło troje, wśród nich — jedna kobieta, chociaż minimalna liczba dla marszu takiej kat. trudn. — sześć osób. Początkowo i planowano iść w szóstkę, jednak w ostatniej chwili troje odmówiło. A Andriej Korolow, Igor Szerokow i Ludmiła Bażukowa posiedzieli, pomyśleli, zważyli wszystkie „za” i „przeciw” i zdecydowali: damy radę! Cel był tym bardziej kuszący, że żaden z permskich alpinistów na Najramdał jeszcze nie wchodził.

Rozmowę z Andrijem zaczęliśmy z tragicznej nuty — u wszystkich permskich alpinistów ciężko na sercu od poniesionych strat…

„Wiedziałem, że grupa Aleksandra Szawrowicza wyjechała na Elbrus. Przeszła najtrudniejsze miejsce, ścianę Kjukiurtliu, — zimą to jeszcze nikomu się nie udało.”

Alpiniści weszli wyżej ściany i poszli 300 metrów po wysokości. Tam i znaleźli ich obóz i dwa ciała… Na razie można tylko przypuszczać, co się stało…

Na miejsce tragedii w marcu pojechali trzej nasi, próbowali zdjąć ciała — ale zamieć nie ustawała. Próby i poszukiwania pozostałych członków grupy będą kontynuowane. (Jak nam się stało wiadomo, wice-gubernator Permu Waleryj Szczukin wziął operację poszukiwawczą pod swoją kontrolę i obiecał pełne wsparcie aż do zorganizowania helikoptera. — O. Ł.)

Inna grupa w tym samym czasie szła na Biełuchę, ale nie zdołała na nią wejść z powodu niepogody. Straty poniosły obie grupy turystów (jedna z Czajkowskiego) na Kadarze… Nie pamiętam jeszcze takiego tragicznego roku dla permskich alpinistów.

U nas wszystko odbyło się normalnie, nawet nadzwyczaj spokojnie, bez ekstremalnych sytuacji.

„Andrieju, nie boisz się chodzić w góry? Przecież nikt nie wie, co tam czeka…”

„Oczywiście, że się boję. Toż to naturalne. Jeśli u człowieka nie ma poczucia strachu — to on po prostu nienormalny. Śmiały — to nie ten, kto niczego się nie boi, a ten, kto przezwycięża strach. I tu dużo zależy od konkretnych sytuacji. W górach trzeba być po prostu ostrożniejszym, umieć prawidłowo ocenić sytuację, podjąć decyzję. I pamiętać, że alpinizm — to nie wojna z górami.”

„A zdobycie szczytu — wynagrodzenie za wszystko?”

„Słów »zdobyć« staramy się unikać. Dlatego że po nim będzie już straszno na tę górę iść — ona może jakoś ukarać. Miejscowi mieszkańcy wierzą, że każda góra żyje, że jest w niej duch. Ja też w to wierzę. Dlatego z górą trzeba się zaprzyjaźnić, prosić o pozwolenie na wejście. A ze szczytu otwierają się zachwycające, nieopisane widoki. I ty czujesz się nadczłowiekiem, dlatego że znajdujesz się w tej przestrzeni, ty jesteś cząstką tej potęgi i piękna. Tego uczucia w żaden sposób nie przekaże się ani przez fotografie, ani przez film. I jeszcze — jest uczucie twojego ogromnego moralnego zadowolenia. Że ty mogłeś to przejść! Udowodniłeś sam sobie — dam radę!”

„Co wam się i udało tym razem… Opowiedz dokładniej, jak odbywało się wejście?”

Nasz główny cel był góra Najramdał, drugi szczyt na Ałtaju (pierwszy Biełucha). Latem iść tam trudniej — trzeba załatwiać wizy. Zimą jest z tym prościej — temperatura minus 40, zamiecie, zawieje, słaba widoczność — nikomu my na tym miejscu nie jesteśmy potrzebni. Nawet strażnicy graniczni nam powiedzieli, że zimą na tym miejscu jeszcze nikogo nie było. Za załogą Argamczy ciągnie się ogromne pasmo „święta góra” Tawan-Bogdo-Uła (4082 metry). Na niej znajdują się granice trzech państw — Chin, Mongolii i Rosji. I na tę górę, mając przepustkę do strefy przygranicznej, z naszej strony iść można.

Ja trochę przymknąłem oko na strażników granicznych. Szczyt. A jak na niego się dostać? Wyjść na przełęcz, prowadzącą do Mongolii, i iść grzebieniem. Weszliśmy, poszliśmy na szczyt, zeszliśmy do Mongolii, przeszliśmy największy lodowiec na Ałtaju i weszliśmy na najwyższy punkt — Najramdał…

Z powrotem szliśmy inną drogą, po drodze wchodząc na inne szczyty. Oto co nam się udało: po raz pierwszy dokonaliśmy zimowego wejścia na Tawan-Bogdo-Uła, przeszliśmy osiem przełęczy, z nich — trzy pierwsze przejścia. Przez te przełęcze jeszcze nikt nie chodził, my daliśmy im nazwy i określiliśmy kat. trudn. Przełęcz na wschód od góry Tawan-Bogdo-Uła nazwaliśmy Tawan-Bogdo-Uła-Wschodnia, następnie przełęcz w tym samym paśmie nazwaliśmy przełęczą Permskich turystów, i przełęcz na płaskowyżu Ukok między rzekami Argamczy i Żumały nazwaliśmy przełęczą Argamczy. One jeszcze nigdzie nie są opisane — będziemy robić opis trasy wejścia i posyłać go do Wszechrosyjskiej federacji alpinizmu. Tam przełęcze i szczyty zarejestrują, naniesą na mapę.

Oprócz tego, byliśmy na sześciu pasmach — Sajlugiem, Juchaczynski Ałtaj, Mongolski Ałtaj, płaskowyż Ukok, Południowo-Czujski chrebet, chrebet Żumałykyr.

„A jak rozpoznać, że to właśnie wy — pierwsi?”

„Zwykle grupy — te, które gdzieś dotarły po raz pierwszy, ustawiają kopczyki z kamieni. Wkładają do nich kartkę. Takich kopczyków my nie widzieliśmy. Ustawiliśmy swoje — że przeszliśmy tutaj, oceniliśmy taką to kat. trudn. (one wszystkie nie trudniejsze niż 2B). A z Najramdała zdjęliśmy kartkę tulskich alpinistów — oni tam byli przed nami. I też zostawiliśmy swoją.”

„Andrieju, dzięki Bogu, że wasze ostatnie wejście obyło się bez zdarzeń. A w ogóle jaka w twoim życiu była najbardzie ekstremalna sytuacja?”

„Kiedy ona się zdarza, ty nie myślisz o tym, że ona jest ekstremalna. Działasz na wyczucie. A najbardziej zapamiętująca się… To było na Pamirze w 1998 roku. Przy zejściu z przełęczy (6000 metrów) widoczność była zerowa. Szliśmy w wiązce cztery osoby, ja — drugi. I pierwszy się wywrócił. Ja próbowałem się podeprzeć czekanem, ale go wyrwało, i ja poleciałem. Myślałem, że trzecia osoba się zatrzyma — tam kobieta szła. Ale nie. I trzecia poleciała, i czwarta… Lecimy — nic nie widać, nie wiadomo, gdzie góra, gdzie dół, gdzie wetknąć czekan, nie wiesz… Na szczęście, szczęśliwie wylądowaliśmy. U mnie czapka spadła, na szczęście, nie okulary przeciwsłoneczne — a to by można było od razu oślepnąć. Ale dopóki leciałem — rozpruł czekanem sobie nogę. Potem zszyli, ja sześć dni mieszkałem na lodowcu w namiocie dopóty, aż nie mogłem iść…”

Przypomina się i zamieć na Polarnych Uralu, za kołem podbiegunowym północnym. Wiatr był takiej siły, że odrywał i przeciagał na kilka metrów do góry — nam nawet udało się wejść na przełęcz bez „kotów”. Potem ten wiatr porwał u nas dwa plecaki, „koty”, liny, wewnętrzną warstwę namiotu…

„Po takich sytuacjach bardzo radośnie wracać do domu — rozumiesz, że dom — to jest najlepsze miejsce na ziemi!”

„A co w planach na przyszłość?”

„Latem chcę pójść na Zaelijiski chrebet, siedmiotysięcznik pik Lenina.”

„A marzenie jest?”

Ono pojawia się u mnie przed konkretnym marszem. Chcę w Himalaje — ale na razie jeszcze za wcześnie, trzeba wejść na nasze siedmiotysięczniki…

Tak, można powiedzieć, że u Andrieja wszystko jeszcze przed nim. Pomimo 24 lat, jego już można uważać za doświadczonego alpinistę. W zwykłym życiu jest weterynarzem, pracuje jako wykładowca w akademii rolniczej (prowadzi patfizjologię), nawet udaje się zajmować pracą naukową. Oprócz tego, w klubie sportowo-patriotycznym „Witiaź” prowadzi sekcję turystyki, przetrwania i medycyny, interesuje się fotografią. Do marszów przywiązał się jeszcze w starszych klasach szkoły, a alpinizmem zaczął się zajmować pięć lat temu i już, jak można bez trudu zrozumieć, nie wyobraża sobie bez gór życia. Bardzo wierzy w Boga. I zapewnia, że On mu pomaga — jest taki wewnętrzny głos w krytyczne momenty w górach. Kiedy ktoś nagle podpowiada, jaką drogą iść. Przecież nie na darmo nawet starsi koledzy wybierają go kierownikiem grupy! Najważniejsze w życiu, uważa, to wychowanie ducha. I, jak się mówi, daj mu Bóg powodzenia we wszystkim!

Olga ŁUKANINA 20357 img-8.jpeg img-9.jpeg img-10.jpeg img-11.jpeg

Załączone pliki

Źródła

Komentarze

Zaloguj się, aby zostawić komentarz