img-0.jpeg

Sprawozdanie

ze wspinaczki na szczyt DALAR od Zachodu przez skalny trójkąt Zachodniej ściany

grupa instruktorów obozu alpinistycznego C.S. DSO "Spartak"

st. instruktor ŻEMCZUŻNIKOW J.A., instruktor LEONOWICZ O.A.

20–23 lipca 1975 r.

Przebieg trasy

1 dzień (20 lipca)

Wyszliśmy z obozu alpinistycznego "Uzuńkoł" o godz. 2:30, licząc na to, że wczesny (względnie) przyjazd na biwak pod trasę pozwoli na przetworzenie początku ściany. Jednak podejście zajęło nam więcej czasu, niż nam się wydawało: ciężkie plecaki znacznie spowolniły tempo naszego marszu. Na biwak u końca moreny na płaskowyżu pod ścianą trasy dotarliśmy o 17:30.

Trasa przed nami, wychodzić na przetworzenie - późno; odbywamy naradę, jeszcze raz oglądamy ścianę, robimy szkic, doprecyzowujemy odcinki przebiegu ściany. Obok na biwaku krząta się grupa z zbiórki w Taganrogu, z którą mamy współpracę. Chłopaki jutro wychodzą na trasę Kora blińskiego Zachodniej ściany Dalaru (5B kat. sł.). Z kierownikiem grupy z Taganrogu uzgadniamy zegarki, ustalamy czas wyjścia na łączność, solidnie kolacjujemy i kładziemy się spać. Pogoda gwałtownie się pogarsza: około 22:00 rozlegają się ogłuszające grzmoty: zaczyna się najsilniejsza burza z gradem. Potężne podmuchy wiatru kilkukrotnie zrywają dobrze umocowany namiot. Zasypiamy z trudem pod ostrym bębnieniem gradu z myślami o jutrzejszym wyjściu. Jaka pogoda nas jutro czeka?..

2 dzień (21 lipca)

Wstawaliśmy razem z tagańrozcami o 5:00. Zachmurzenie, szczyt Dalaru w gęstej mgle… Decyzja - wychodzimy… Solidnie śniadamy, pakujemy plecaki, zostawiamy na nocleg tylko pustą "pamirke" ("zdaŕke" - w plecaku). O 5:40 wychodzimy na lodowiec. Grupa tagańrozców już skierowała się ku początkowi swojej trasy…

O 6:40 podchodzimy do rantkluftu po stromym śnieżnym stoku: śnieg twardy - trzeba rąbać stopnie. Szukamy miejsca przejścia ze śniegu na skały. Jedyna możliwość - przejść po wąskim śnieżnym grzbiecie pionowo stojącego rantkluftu.

Ze ubezpieczeniem przez lodołam Jurij Żemczużnikow ostrożnie posuwa się po grzbiecie, odrąbując wąską część jego i ubijając stopnie. Wychodzimy na skalny półwysep - dalej czyste skały: wyjmujemy całe "żelazo", ubieramy kalosze, chowamy lodołamy…

Do przodu idzie Żemczużnikow, obwieszony girlandą karabinków i haków, które swoistym dźwiękiem odpowiadają na każdy jego ruch. Zaraz zaczynają się strome skalne bloki-ścianki. Ciężkie plecaki utrudniają pracę. Podwójna lina idzie za załamania stromych ścian, i tylko po jej powolnym ruchu i uderzeniach młotka można sądzić o pracy pierwszego.

W momencie pierwszej łączności radiowej (8:30) przebijamy dopiero cztery liny, wymieniamy się wrażeniami i kontynuujemy marsz.

Do 12:00 kończymy przebijanie dolnej części ściany, wychodzimy na skalny "sierp" w środku śnieżnej półki, leżącej u podstawy stromego skalnego trójkąta. Z bliska ta ściana wygląda jeszcze bardziej imponująco (seria karniszy, przewieszeń)…

Tu odpoczywamy, wychodzimy na łączność, robimy przekąskę, ustawiamy kontrolny tur, piszemy notatkę… Widzimy pracujących na równoległej trasie tagańrozców…

Barki nie zdążyły odpocząć od ciężkiego plecaka, ale praca nie czeka: przed nami trudny odcinek stromych skał. Żemczużnikow przebija go bez plecaka. Dużo czasu mija na wyciąganiu ciężkich plecaków: po wyciągnięciu - odpoczywamy.

Dalej przed nami duży odcinek wygładzonych skał typu "baranich łbów", z pierwszego wejrzenia nie przedstawiających wielkiej trudności. W rzeczywistości - to jedno z kluczowych miejsc trasy. Przebywszy 10 m, Jurij Żemczużnikow na długo zastygł na jednym miejscu: nie ma szczelin, mikrorelief wygładzony, ciężki plecak przeszkadza. Jurij musi wrócić o kilka metrów. Wbiwszy hak i zawieszając na nim plecak, na lekko on znowu podchodzi do trudnego odcinka: z wielkim trudem, maksymalnie wyciągnięty, dosięga do jedynej szczeliny, klinuje w niej czubek płatka tytanowego haka, ostrożnie podbija hak młotkiem. Kiedy hak w połowie wchodzi, w niego wpięta zostaje karabinek z pętlą z repsy: teraz jest dobra opora dla lewej ręki i możliwe jest w uderzenia młotkiem włożyć potrzebną siłę i amplitudę rozmachu. Hak solidnie wbity, zawieszono drabinkę - przebyte następne 2 m. Dalej szczelin nie ma. Wchodzi w grę świder. Znów zawieszone drabinki, znów uderzenia młotkiem…

Przez dwie godziny przebyto trzydzieści metrów. Lina solidnie przymocowana. Żemczużnikow schodzi w dół, ubiera plecak i znowu wychodzi w górę. Olegowi Leonowiczowi przyjdzie nie mniej trudne zadanie - przebyć odcinek, nie zostawiając ani jednego tytanowego haka. Żartobliwie kląć na okoliczność solidnie wbitych haków (katorżnicza praca ich wybijania!), Leonowicz podchodzi do pierwszego.

Robimy odpoczynek, przekąskę. Po skalnym żlebie, z prawej od nas w odległości 30–35 m co jakiś czas "idą" kamienie. Bije głównie z baszty Dalaru, ale my jesteśmy w bezpiecznej odległości.

Po krótkim odpoczynku, który nieco przywrócił nasze siły, kontynuujemy marsz. Przebijamy jeszcze kilka lin, przecinamy wąski śnieżny pas (w trekkingowych butach) i znowu po skałach.

Wychodzimy na małą pochyłą półkę pod przewieszonymi skałami. Dalej idą strome stopnie (100 m), wyprowadzające na 4 kat. sł. grzbiet. Godzina - 18:00: to 12 godzin wytężonej pracy. Decyzja - zanocujemy tu. Platforma mała, musimy ubezpieczyć całe wyposażenie, w tym również i prymus.

W trakcie krzątania się wokół urządzenia biwaku widzimy, jak na szerokim rumowisku Dalaru staje na biwaku grupa tagańskich alpinistów. Przepowiadamy sobie, "zapraszamy" się na herbatę…

Włazimy do zabezpieczonej "zdaŕki" i, pomimo wielu niedogodności, ku wzajemnemu zdziwieniu, zasypiamy… Noc mija spokojnie.

3 dzień (22 lipca)

Wstawaliśmy o 5:00, o 6:30 zaczynamy pracę. Przebijamy 100-metrowy wznos stromej schodkowej ściany i wychodzimy na wąski grzbiet trasy 4 kat. sł. Po oblodzonym śnieżno-lodowym odcinku wychodzimy do ściany wierzchołkowej baszty, przebijamy 80-metrową ścianę baszty i o 12:00 wychodzimy na odsłuch eteru (godzina awaryjnej łączności), już znajdując się na wierzchołku. Na wezwanie obozu meldowaliśmy o swoim położeniu i pracy grupy tagańskich zbiórek.

Pogoda zaczyna psuć się: na zejściu wpada nam śnieżny ładunek i mgła. Idziemy wolno (odbija się tu wytężona praca tych dni). Do 17:00 z przyjemnością zrzucamy plecaki przy naszym namiocie na pierwotnym biwaku. Już po kilku minutach wesoło szumi "Szmel", a my, podczas gdy przygotowuje się "fundamentalne danie", nie bojąc się zepsuć sobie apetytu, z przyjemnością zajadamy czekoladę, popijając ją najsmaczniejszym, aromatycznym pomarańczowym sokiem firmy "Greko".

Widzimy, że na przełęczy Dalar pojawiła się grupa - to alpiniści z Taganrogu; stawiamy im herbatę. Do wpół do siódmej oni - na biwaku, częstujemy ich herbatą - oni śpieszą się do obozu. Żegnamy ich, przekazujemy pozdrowienia dla obozu, prosimy przekazać, że na śniadanie będziemy w obozie…

Zostajemy sami i mimowolnie, nie umawiając się, obracamy głowy, wpatrując się w stopniowo gasnące w nadchodzących ciemnościach szczegóły przebytej trasy, prawdopodobnie fizycznie przeżywając jeszcze i jeszcze raz rozkosz pracy, przebytych trudności i nowych odkryć w swoim towarzyszu i w sobie samym…

4 dzień (23 lipca)

Wstaliśmy o 5:00, zwinęliśmy biwak i do 9:00 wróciliśmy do obozu. img-1.jpeg

img-2.jpeg

Zdjęcia odcinków trasy (1) img-3.jpeg

img-4.jpeg

Zdjęcia odcinków trasy (2) img-5.jpeg

Zdjęcia odcinków trasy (3) img-6.jpeg img-7.jpeg img-8.jpeg Zdjęcia odcinków trasy (4)

Załączone pliki

Źródła

Komentarze

Zaloguj się, aby zostawić komentarz